Drogą do Gowartowa, galopem, co koń wyskoczy, pędziła czwórka koni, unosząc w tumanie iskrzącej się od słońca kurzawy powóz, a w nim dwie osoby. Pierwszą z nich był ksiądz proboszcz, z pobliskiego miasteczka, drugą Krasnostawski. Jak huragan, minąwszy pochyloną garstkę ludzi, kopiących w pobliżu łan buraków, oraz cmentarzyk wiejski, cichy, pełen uroku pojazd wpadł do sioła.

Ksiądz poglądał za okno, przerwawszy rozmowę, Ujrzał coś ciekawego, z okna wytknął głowę, Po chwili rzekł powstając: dziś czasu niemamy, Potém o tém obszerniéj s sobą pogadamy; Jutro będę dla sprawy w powiatowém mieście J do Waszmościów z drogi zajadę po kweście.

Przed ołtarzem Bogarodzicy kończyła się właśnie wotywa. Ksiądz Osmólski odprawiał, ten sam, o którym słyszałem, że spowiadał więźniów w fortecy i skazanych odprowadzał na śmierć. Był to młody ksiądz, szkolny kolega Stasia. Mama lubiła go bardzo, mogła z nim mówić o synu.

Wstała młodzież, Tadeusz jeszcze senny leży, Bo też najpoźniej zasnął; s wczorajszéj wieczerzy Wrócił tak niespokojny, że o kurów pianiu Jeszcze oczu niezmrużył, a na swém posłaniu Tak kręcił się, że w siano jak w wodę utonął, I spał twardo, zimny wiatr w oczy mu wionął, Gdy skrzypiące stodoły drzwi otwarto s trzaskiem, I bernardyn ksiądz Robak wszedł z węzlastym paskiem «Surge puer» wołając i ponad barkami Rubasznie wywijając pasek z ogórkami.

A tak, serce, jutro odpust u mnie, roboty huk!.. Każ zaprzęgać, jeśli łaska, a ja tymczasem w ogrodzie poczekam i modlitwy swe przedwieczorne odmówię. W tej chwili służę księdzu dobrodziejowi... rzucił w półukłonie Krasnostawski i znikł za drzwiami. Ksiądz zajrzał jeszcze do chorego; pozostawiony na opiece staruszki-klucznicy, z pogodą na obliczu swem dziwną leżał on spokojnie.

Ach, ci lekarze! machnął ręką ksiądz stary cóż tam ostatecznie wiedzieć oni mogą wszak wszystko w ręku Stwórcy-Pana! Ja, na przykład, pewnego razu byłem już konającym, a jednak, po przyjęciu Przenajświętszego Sakramentu i Olejów Świętych wyzdrowiałem... Umilkli.

Wszystko szło pięknym ładem, choć w tak wielkiéj trwodze Dwadzieścia strzelb leżało tu na téj podłodze, Wystrzeliliśmy jedną, podawano druga, Ksiądz Proboszcz zatrudniał się czynnie usługą. J Pani i Panienka i nadworne Panny; Trzech było strzelców a szedł ogień nieustanny; Grad kul sypały z dołu moskiewskie piechury, My zrzadka, ale celniéj dogrzewali z góry.

Zapanowało chwilę ciężkie, ołowiane milczenie. Ach, ale przepraszam najmocniej księdza dobrodzieja uprzejmie przerwał pierwszy młody człowiek w tej chwili podwieczorek podać każę, ksiądz dobrodziej utrudzony drogą, głodny zapewne!... i Krasnostawski ku drzwiom się skierował pośpiesznie. Nie, dziękuję ci, panie Bolesławie! Jechać muszę... Już? zdziwił się młody plenipotent.

Chciałby się wyprostować, odchylić głowę, odetchnąć, krzyknąć, nie może; tak duszno, tak ciężko. Ruszyć się nie może; żaden mięsień woli jego nie usłucha. Jest bezwładny; nawet serce bezwładnieje i wolniej, trudniej się kurczy. Ciężko, duszno tylko ksiądz wciąż mówi. Jak długo to trwa, nie czuje.

Ksiądz z nim przybyły wysiadał właśnie z powozu, poprzedzany towarzyszącym mu chłopaczkiem... Rozległ się wkrótce dźwięk uroczysty kościelnego dzwonka w progi pałacu wstępował Syn Boży, utajony w Przenajświętszym Sakramencie... W parę minut później, do pokoju chorego już wchodził ksiądz; idący w ślad za nim Krasnostawski został na progu i spojrzał w głąb sypialni chorego.