*Pierwszy wartownik.* Oto Romea sługa, znaleźliśmy Go na cmentarzu. *Dowódca.* Niech będzie pod strażą, Dopóki książę nie nadejdzie. *Drugi wartownik.* Oto mnich jakiś drżący i płaczący; Odebraliśmy mu ten drąg i rydel, Kiedy się bokiem cmentarza wykradał. *Dowódca.* To jakiś ptaszek; trzymajcie go także. *Książę.* Co za nieszczęście o tak rannej porze Sen nasz przerwało i tu nas wzywa?

Graj-że, graju, graj, Dopomóż ci Maj, Dopomóż miech, duda I wszelaka ułuda! A gdy śpiew mu uderzył durem leśnym do głowy. Grał wszystkiemi jarami wszystkie naraz parowy! ten ołtarz zlękniony, gdzie wyzłota się święci, Chciał już runąć na ziemię, lecz potłumił swe chęci.

Gdy w Lucernie odbywał się ten drobny epizod, jednocześnie prawie, szerokim ukraińskim traktem, w bezgwiezdną i ciemną noc wrześniową, pędził konno na oklep wyrostek, w burej świtce, trzymając w ręku smolne łuczywo, tak zwany kaganiec.

*O. Laurenty.* W ten czwartek zatem? to bardzo pośpiesznie. *Parys.* Mój teść, Kapulet, życzy sobie tego: A ja powodu nie mam rzecz odwlekać. *O. Laurenty.* Nie znasz pan, mówisz, uczuć swojej przyszłej; Krzywa to droga, ja takich nie lubię.

Ten prąd odkryć i wynalazków, najlepiéj uwydatnia się między ludami rasy białéj zamieszkującemi Europę i Amerykę; one też przodują cywilizacji i pociągają za sobą ludzi rasy żółtéj i ludzi rasy czarnéj. Na nieszczęście jednak nie o wszystkich ludach powiedzieć można, że się doskonalą; owszem i takie które raczéj marnieją.

Mama czy zdrowa? ciotunia? domowi? A ot rodzynki w koszyku.” Ten sobie mówi, a ten sobie mówi Pełno radości i krzyku. „Ruszajcie! kupiec na sługi zawoła, Ja z dziećmi pójdę ku miastu.” Idzie... zbójcy obskoczą dokoła, A zbójców było dwunastu. Brody ich długie, kręcone wąsiska, Wzrok dziki; suknia plugawa, Noże za pasem, miecz u boku błyska, W ręku ogromna buława.

Uno liro, signore, solamente uno liro! na pół rozpaczliwym, na pół przekonywającym głosem napierał się właśnie ten ostatni, śniady Włoch, o przebiegłem spojrzeniu, i trzymając w ręku jakąś podejrzanej roboty broszkę, zagradzał drogę młodemu mężczyźnie, wstępującemu, w zamyśleniu; po stopniach katedry.

Gdy spodziewano się gości, Kundel obcinał paznogcie u lewej ręki i usiłował zaprowadzić porządek we włosach. Był to rozkaz ojca, rozkaz wypowiedziany dobitnie, urywanym suchym głosem. Głos ten oddziaływał na chłopca przynajmniej drobiazgowo i pozornie. Stary ma fajgle, trzeba go nabrać! A „nabieraniatego, więcej aniżeli zwykłej zuchwałości bała się szczególniej matka.

Ujmując dłoń i tuląc miękko w objęciu Olę, wsłuchiwał się w ten śpiew jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawał wrażenia.

Nie, stanowczo, pieniądz do niego się garnie!.. Ten, który posiadał dotąd, choć wygrany, palił go częstokroć, pomimo wszystko, przypomnieniem przeszłości.