Lecz tu w kościele, przed ołtarzem oświetlonym jarząco, w chłodnej atmosferze świątyni jakaś moc wstępuje w nią powoli, lecz moc to jakaś dziwna, jakby boleść jej umniejszająca. Nie modli się a przecież zda jej się, że ktoś dokoła niej szepcze modlitwy, pacierze... Nie modlitwy to jednak szepczą dokoła, tylko żarty, uwagi, słowa ciekawości.

Zkądże im ta taktyka i co jej powodem? Wydał to jeden stary urzędnik, lis rodem. „Uważam, rzekł, już dawno trop wszelkiego zwierza Przed i za Jaskiniewskiem; upewniam was o tem, Że pełno zewsząd śladów ku monarsze zmierza, Ale żadnego nie widać z powrotem.” Nie masz teraz prawdziwej przyjaźni na świecie; Ostatni znam jej przykład w oszmianskim powiecie.

Z mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmo bladego oka, wabiąc mnie figlarnym mruganiem. Czułem doń nieprzepartą sympatię. Wziął mnie między kolana i tasując przed mymi oczyma wprawnymi dłońmi fotografie, pokazywał wizerunki nagich kobiet i chłopców w dziwnych pozycjach.

Helding przewraca kartki trochę zaniepokojony, zdenerwowany rolą”, jaką odegrywa obok siedzącej przy fortepianie dziewczyny. Zeszedł już do rzęduwidzów”, przyzwyczajony, że to inni defilowali przed nim, podczas gdy on spokojnie siedział obok Makenowej, bawiąc się jej wachlarzem. Długie, suche palce mężczyzny z pośpiechem przewracają kartki, klekocząc jak kastaniety.

Jakże piękna i prosta jest teza, którą dano wam swym życiem ujawnić. Lecz za to z jakim mistrzostwem, z jaką finezją wywiązują się panie z tego zadania. Gdybym odrzucając respekt przed Stwórcą, chciał się zabawić w krytykę stworzenia, wołałbym: mniej treści, więcej formy! Ach, jakby ulżył światu ten ubytek treści.

O pismo to chodziło Romanowi bardzo od kilku już tygodni, to jest od czasu, gdy się dowiedział, że wzmiankowany powyżej, Wiktor Orlęcki, zamieszkał w stolicy świata z oszczędności i musu po stracie -majątkowej, wynikłej, jak mówiono, ze zguby, przed samym terminem licytacyi majątkowej, sumy pieniężnej. Opowiadanie to, posłyszane przypadkiem, uderzyło Romana Dzierżymirskiego.

Dziewczyna milkła, zdjęta nagłą jakąś trwogą przed ciszą nakazaną jej w ciasnej przestrzeni zasłoniętej lożki, po za której czerwonemi firankami widać było jasną przestrzeń sali i ciemny otwór sceny. Raz jeden ośmieliła się powiedzieć: To głupie takie postępowanie! I uzbrajając się w odwagę, dodała: Funta kłaków niewarte!

I był to on! on sam w zmniejszonym formacie, on egoista, on samolub, on brutalny samiec tyranizujący wszystko! Kukułcze pisklę zagarnęło gniazdo dla siebie, rozpierając się w niem z zuchwałością bękarta... W oczach kobiety szkliły się łzy, głowę oparła o ramę drzwi i ponuro patrzyła przed siebie. Seweryn machinalnie rękę ku dziecku wyciągnął.

Po chwili siedzieliśmy troje w jednym z tych małych pokoików na trzeciem piętrze, jak zawsze w takich domach. Przed nami na stole paliła się lampa, naokoło obstawiona butelkami, które wniósł posługacz. Za wychodzącym nasza gospodyni zamknęła drzwi na klucz. Potem zdjęła stanik i chciała odwiązywać spódnicę; gotowała się widać na zabawę.

Da tobie miłe spocznienie Spokojne twoje sumienie, Bo cnocie zawsze sen błogi. Niechaj pies wierny przed twemi wroty Odstrasza z dala złych ludzi; Niech ranny kogut cię budzi Do szczęsnej w polu roboty. Niech pod twe dachy jaskółka z rana Z gościną szczęście przynosi; Niech zawsze dobry czas głosi Na żęcie kłosów i siana.