Ona przestępuje z nogi na nogę, ręce jej machinalnie wyciągają bryty szlafroka. Zostań w domu! prosi cichutko. On odwraca ze zdziwieniem głowę: Poco? Tem jednem pytaniem przybija do miejsca. Tak! prawda! poco? Taki strojny, mądry, piękny mężczyzna, ma siedzieć w tych trzech klatkach, których okna wychodzą na odludną ulicę... Ona ach! ona to co innego!

Panienki zasypiają spokojnie, wesołe, rozbawione jeszcze farsą, jaką urządziły Makenowej i staremu Heldingowi. Uśmiech rozjaśnia ich wpółsenne buzie, gdy myślą o kosmyku chwiejącym się nad uchem i o tem, że Helding wziął ten flirt zbiorowy na seryo a Makenowa z przestrachu i zazdrości pozieleniała.

Gdy się przymila do Władka, rzeczywiście jest prawie piękna i ma taki wyraz w oczach, że wtedy oddałbym wszystko za to, aby przestała go kochać. Chyba trudno mniej żądać w życiu. Nie żądam miłości, lecz tylko spokoju, bezczucia, jak dawniej. Dopóki widzę, że ona jest zakochana, coś mię nurtuje, łamie, dręczy, odbiera swobodę myśli. Ja nie chcę o tem myśleć. Byłem tylko zasnął! Dnia 9 stycznia.

Trudno było; bo krzeseł dla gości nie stało, Na czterech ławach cztery ich rzędy siedziało, Trzeba było rzęd ruszyć lub ławę przeskoczyć; Zręcznie między dwie ławy umiała się wtłoczyć, A potém między rzędem siedzących i stołem, Jak bilardowa kula toczyła się kołem, W biegu dotknęła blisko naszego młodziana; Uczepiwszy falbaną o czyjeś kolana Pośliznęła się nieco, i w tém roztargnieniu Na pana Tadeusza wsparła się ramieniu.

Byłem zachwycony jej urodą, lecz przyjrzawszy się bliżej, dostrzegłem ostry wyraz ust i oczu, psujący ogólną harmonię. Bądź co bądź, znajdowałem się wobec kobiety ślicznej, i teraz dopiero uczułem, ze moje zadanie jest trudne. Cóż mogłem jej odpowiedzieć? Znam ojca pani rzekłem, tłómacząc tem moje przybycie. Niema nic wspólnego pomiędzy mną a ojcem odparła chłodno.

Nie maszli żadnej trucizny, żadnego Ostrza, żadnego środka nagłej śmierci, Aby mię zabić, tylko ten fatalny Wyraz wygnanie? O księże, złe duchy Wyją, gdy w piekle usłyszą ten wyraz: I tyż masz serce, ty, święty spowiednik, Rozgrześca grzechów i szczery przyjaciel, Pasy drzeć ze mnie tem słowem: wygnanie? *O. Laurenty.* Sentymentalny szaleńcze, posłuchaj!

Z za szkieł swych zielonemi spogląda oczyma, A biedny uczeń łapki już przy ślepkach trzyma! Ha! Ucz się, bratku, lekcyipilnym być potrzeba; Bo kto uczyć się nie chce, ten niech nie je chleba. Patrzno, jak twój braciszek przy tablicy stoi, Umie lekcye, więc nic się o skórę nie boi... Niech o tem każdy pomni: chłopczyk i dziewuszka I wzór biorą z pilnego Misia, nie z leniuszka.

Nadobne dziecię to było własnością Zarówno nieba jak i waszą; niebo Zabrało swoją część; tem lepiej dla niej: Wyście nie mogli waszej części ziemskiej Ustrzedz od śmierci, ale część jej lepszą Niebo zachowa w wiekuistym życiu.

Niczem tu kołczany Kupida; ona ma naturę Dyany: Pod twardą zbroją wstydliwości swojéj Grotów miłości wcale się nie boi; Szydzi z nawału zaklęć oblężniczych; Odpiera szturmy spojrzeń napastniczych; Nawet jej złota wszechwładztwo nie zjedna. Bogata w wdzięki, w tem jedynie biedna, Że, kiedy umrze, do grobu z nią zstąpi Całe bogactwo, którego tak skąpi.

Przypomniałem sobie w tej chwili kolorowe kokardy i wstążki, któremi kilkakrotnie panna Felicya ubierała mojej matce jej czarne ubranie. Poznawałem po tem zawsze, że mama jedzie na audyencyę do generała gubernatora. Oczywiście musiała tam jechać teraz księżna. Przez kilka minut z salonu i sypialni słychać było gwar urywanej rozmowy i posuwanych sprzętów.