Roman umilkł, puścił delikatnie dłonie żony i wyjął ruchem szybkim zegarek. Oho po trzeciej... Późno, cherie, już kłaść się pora i kończąc jakby poprzednią rozmowę, dorzucił: No, i cóż, moje życie, widzisz teraz, nie jechać jutro nie mogę... Zapewne. Ty zawsze nie możesz, gdy nie chcesz!

Kazaliśmy podać wódki, potem piwa, potem znów wódki, potem likieru, i tak siedziałem w nocy, słuchając banalnych dowcipów i starych plotek, któremi dawno niewidzianego przyjaciela raczyli. Była już późna noc. Pojedziesz, zapytał jeden drugiego. Jeżeli chcesz... nie idę jutro do biura, to można się wysypiać. To pojedziemy. Jak się bawić, to porządnie. Dokąd pojedziecie, zapytałem obu. Eh!

Mając gołe jak pięść lice, Chcesz nauczyć nas pod wąsem, Co jest brzytwa, co nożyce?

Pociemku barwił łoże we kwiaty i liście, W ciemnem łożu do niego polgnęła biodrzyście. Kształt jej wgarniał w objęcia, płonął w jej upale, A ustami wyławiał dwu piersi korale. „Kiedyż ty mnie podpatrzysz, jako w ciebie dyszę?” „Nigdy cię nie podpatrzę! Dość, że dech twój słyszę!” „Czemuż nie chcesz oczyma wyjść szczęściu na drogę?” „Pocóż jeszcze mam widzieć to, co kochać mogę?”

Czyni to z wprawą wielką, w ogóle czuje się zupełnie swobodnie w tej ciasnej atmosferze powozu, w której cudzołożne szepty, śmiechy, pocałunki zdają się drzemać wśród zagięć zniszczonego sukna okrywającego poduszki. Gdzie dziś pojedziemy? pyta koteczek. Gdzie chcesz... odpowiada Lena byle nie do Marcelina... Masz racyę, kuchnia tam wcale nieszczególna... O, tak! bordeaux niepodobne do picia...

Jaka wiośnianość na skrzydłach mu leży W niéj skonać pragniesz, w niéj chcesz ukojenia Wtém znów się wszystko w mgnieniu chwilki zmienia, Nie mogłeś umrzeć, odetchnąć tam zostać Gdzie śmierć ci życiem życie co ci zgonem Rwie się już daléj w inną świata postać I tyś jak dzieckiem znów osieroconém!

Nie mogłem pana wzywać, panie Holmes, bo w takim razie musiałbym ujawnić te fakty przed całym światem, a mówiłem już, żem sobie tego nie życzył. Zresztą... zresztą... Czemu pan nie kończysz? Bywają dziedziny, niedostępne nawet dla najbystrzejszych i najdoświadczeńszych detektywów... Chcesz pan powiedzieć, że wchodzi to w zakres rzeczy nadprzyrodzonych? Tego nie twierdzę stanowczo.

Nieboszczyk wąż jak ożył, tak się wnet nasrożył, Rozkręcił się, do góry wyprężył się, syknął I calym sobą w chłopa się wycela, W swojego dobrodzieja, w swego zbawiciela I wskrzesiciela! „A to co się ma znaczyć? zdziwiony chłop krzyknął; To ty w nagrodę dobrego czynu Jeszcze chcesz mnie ukosić? A! ty żmiji-synu!” I wnet porwawszy dubasa, Tnie węża raz pod ucho, drugi raz w pół pasa.

Nie ja, nie ja, cherie!.. To ty za mnie nieodzownie zrobić musisz, kochanie... Kto nie przyjdzie pal go licho!.. A zresztą, pas de crainte, stawią się wszyscy... Dlaczego nie chcesz jechać ze mną? Nie nie chcę, lecz nie mogę. Mam przed wyjazdem jeszcze zajęcia huk!

Dobranoc! s każdéj ze mną przemówionéj chwili, Niech zostanie dźwięk jakiś cichy i uroczy, Niechaj gra w twoim uchu, a gdy myśl zamroczy, Niech się mój obraz sennym źrenicom przymili. Dobranoc! obróć jeszcze raz na mnie oczęta, Pozwól lica Dobranoc chcesz na sługi klasnąć? Daj mi pierś ucałować Dobranoc, zapięta. Dobranoc, już uciekłaś, i drzwi chcesz zatrzasnąć.