*Merkucio.* Coś więcej, niż książę kotów; możesz mi wierzyć! Nieustraszony rębacz, bije się jak z nut, zna czas, odległość i miarę; pauzuje w sam raz jak potrzeba: raz, dwa, a trzy to już w pierś. Żaden jedwabny guzik nie wykręci mu się od śmierci. Duelista to, duelista pierwszej klasy. Owe nieśmiertelne passado! Owe punto reverso! Owe ha! *Benwolio.* Co takiego?

Wybiera to drugie, odkładając tryumf zupełny na później i zerwawszy się z wdziękiem z taburetu, przebiega salon z szelestem świeżych spódniczek a odwróciwszy się na progu rzuca osłupiałemu Wentzlowi dwa słowa: Do wieczora!... Lecz scena ta ma świadka w osobie matki-wdowy, która suwa się jak cień po całem mieszkaniu, udając gorliwe wypełnianie swych obowiązków.

Rozbierano się, potem szeptać zaczęto, po chwili zaś znów dwa wykrzykniki zdziwienia i radości obiły się o słuch Dzierżymirskiego. Słysząc je, skrzywił się Roman nieznacznie, chrząknął i znudzony zbliżył się powoli ku oknu salonika. Nie trudno było domyśleć się, że tam, w przedpokoju, ten "poczciwy" Orlęcki wygadał już rodzinie swej niemal wszystko.

Zaczynam więc od dnia, następującego po tym, w którym wykryłem dwa bardzo ważne fakty: a więc naprzód, że pani Laura Lyons z Coombe-Tracey pisała do sir Karola Baskerville i wyznaczyła mu spotkanie o godzinie, w której śmierć znalazł; powtóre, że człowiek, przebywający na bagnie, ukrywa się w jednej z jaskiń na stoku góry.

„A, Twardowski? witam, bracie!” To mówiąc, bieży obcesem, „Cóż-to? czyliż mię nie znacie? Jestem Mefistofelesem! „Wszak ze mnąś na Łysej-górze Robił o duszę zapisy, Cyrograf na byczej skórze Podpisałeś ty i biesyMiały słuchać twego rymu: Ty, jak dwa lata przebiega, Miałeś pojechać do Rzymu, By cię tam porwać jak swego.

Uśmiechnął się... Dwa dni temu jeszcze, jadąc tu, a przeczuwając zgon ojca Oli, był pewnym niemal, on córkę za nieposłuszeństwo wydziedziczył.

Tamże również zajęły go dwa obrazy tegoż mistrza: pierwszy "La laitière" przedstawiał rozwożącą nabiał młodą wiwandyerkę wspartą, w zadumie cichej, o karego z białym łbem konia; drugi pod tytułem: "Rozbity dzban", wdzięczny nad wyraz, wyobrażał dziewczątko w bieli... Włosy miała ona rozczesane skromnie na dwie strony, stroiło je białe kwiecie, w fartuszku różowo blade róże, na ręku zawieszony rozbity niebacznie dzban, a w całej twarzyczce miluchnej nieporównany wyraz dziecinnej naiwnej rozpaczy.

Wreszcie doszło do takiego naprężenia sytuacyi, Resia, zjadłszy dwa słoiki musztardy i trzy stare bułki, włożywszy spódnicę praną przed pięcioma miesiącami zeskoczyła z sofy i stanąwszy w lufciku powiedziała z mocą: Muszę zrobić karyerę!... Kiedy te słowa posłyszał wieczorem, Kundel roztworzył szeroko oczy i wydął wargi. Tego ci się zachciewa? zapytał.

Dziewczyna ta musiała być statystką w jakimś teatrzyku, bo jeszczekrakowiankabrudna i kawałkami glasy naszyta, mieniła się wśród reszty szmat i szmatek. Atłasowe pantofle baletowa jak dwa opadłe i martwe motyle, różowiły się wśród fałd połatanych koszul.

Powóz ruszył; pan Emil, po chwili milczenia, przemówił nagle: Przepraszam stokrotnie, że widząc ciekawość w oczach pańskich, nie kończę opowiadania... Pozwolisz pan, że mu zadam dwa pytania: czy masz pan dobrą pamięć i dokąd pan jedziesz? Jadę do rodzinnego miasta, a pamięć mam wyborną! uśmiechnął się Krasnostawski. Otóż to bardzo dobrze.