Napróżno patrzył; ciemność okna mroczy; Wraca więc znowu i na ganek kroczy, Azali książę wołać nie rozkaże. Napróżno czekał, zapytywał straże, Zbliża się ku drzwiom, w pokoju noc cicha, A książę dotąd snem twardym oddycha. "Cuda prawdziwe!

Brnę w słońcu po samo gardło, Co snami łka niecierpliwie, Twarz mam odwiecznie umarłą A w nogach radość mi żywie... I błogosławię swej twarzy, I wdycham wiarę od słońca, Że się napewno coś zdarzy, Coś się poszczęści bez końca! Że Ono drogą rozminną Zbliża się wciąż bezhałaśnie, I że tak stać się powinno, I że tak stanie się właśnie!

Tak chłopiec kiedy ujrzy cykoryi kwiaty Wabiące dłoń miękkiemi, lekkiemi bławaty, Chce je pieścić, zbliża się, dmuchnie, i s podmuchem Cały kwiat na powietrzu rozleci się puchem, A w ręku widzi tylku badacz zbyt ciekawy Nagą łodygę szarozielonawéj trawy.

Dyrektor zanurzał się w otchłań śmierci, jak pływak nierozważny idący w morze, które falą ruchliwą i wiotką, pieszczotliwą a figlarną otacza mu kolana i biodra, łechce piersi, szyję całuje, to zbliża się, to ucieka, a wabi zawsze.

Nieraz przechodził mimo niej, nie widząc wśród stosu desek przyczajonej postaci, która śledziła go smutnym, przygasłym wzrokiem. Nie spotykając siostry na drodze, uspokoił się powoli. Wiedział, że jest na przedmieściu i krąży po szynkach, lecz do niego nie zbliża się już więcej, pewnie dumą zdjęta.

Ktoś z obecnych powiada półgłosem, że skazaniec jest nieprzytomny. Stoi wciąż. Niepodobna czekać i przedłużać egzekucyę. Dyrektor daje znak kilku żołnierzy się zbliża; jeden pomaga księdzu, drugi bierze za rękę, trzeci podpiera z tyłu. Popychają go raczej, niż prowadzą.

Ja czuję, widzę, że koniec, śmierć się zbliża... Nic mi już nie pomoże wola Boska!.. znów przerwał... w minutę zaś mówił: Właśnie... właśnie powiedzieć coś chciałem tobie... kochany panie Bolesławie... usiądź... i pan January wskazał swą woskowo żółtą ręką taborecik. Krasnostawski usłuchał. Poczekaj chwilę... odpocznę... wyszeptał osłabiony bardzo.

Możnaby sądzić, że taki maryaż powinien być mile widzianym przez Stapletona, jednak spostrzegam niezadowolenie na jego twarzy, ilekroć sir Henryk zbliża się do jego siostry, lub okazuje swój zachwyt. Tłómaczę to sobie egoistycznem przywiązaniem, bo życie przyrodnika na tem pustkowiu byłoby jeszcze smutniejsze, gdyby go nie opromieniała miss Beryl.

Lecz ona niezapomniała i chce mu to powiedzieć, wszak dzień taki to prawie uroczyste święto... Lecz on wziął już kapelusz i elegancką laseczkę, teraz naciąga rękawiczki, pogwizdując lekko. Żona zbliża się ku niemu, przełykając z trudnością ślinę. Wychodzisz pyta, patrząc mu błagalnie w oczy, jak pies świeżo obity. Naturalnie!...