Bose zastępy ku sobie się rwały, ręce łączyły w tęsknocie nieokreślonej, co ku nim z pod ziemi płynęła. Gdy Janek wreszcie z krzaków berberysu powstał i do kredensu się powlókł, zastał tam, oprócz Józika, jakiegoś młokosa ubranego w szary surdut, bez wąsów i z miną wyćwiczonego złodzieja, nastawiającego samowar. Janek do intruza podszedł i ręce wyciągnął.

Obawa jest, jeszcze! przedrzeźnił szorstko doktór i widocznie nadrabiając miną, dorzucił. Wam wszystkim się zdaje, że doktór to prorok!... Naturalnie, że jest!... Czy ja wiem zresztą wszystko w ręku Najwyższego zobaczymy... No, tymczasem dobranoc! doktor wyciągnął rękę na pożegnanie.

W szparze tej najdokładniej dostrzedz można było ciemną głowę kobiety, obramowaną jaśniejszym paskiem światła i dalej korpus zwieszający się ciężko z rękami opuszczonemi i wykręconemi konwulsyjnie ku ciału, z nogami podkurczonemi na desce okna. Marciński rękę wyciągnął. Wisi! o tam w oknie! Żydówka oczy zmrużyła. Niechno Marciński poczeka!

I Ładyżyński wyciągnął, przy tych słowach, rękę do Krasnostawskiego, a ścisnąwszy silnie, rzekł jeszcze. Powinszować mogę tylko, żeś się pan otrząsł ze skrupułów, i życzyć powodzenia na przyszłość!.. Krasnostawski skłonił się, milcząc. Pan Emil zaś, przechodząc natychmiast na inny temat, już mówił: Wiesz pan co?.. Siadaj pan ze mną!.. Mam panu X rzeczy ciekawych do opowiedzenia. Cóż, zgoda?

Zamykaj, do kroćset! zagrzmiał Ładyżyński, porzuciwszy silny przeciąg i zwrócił się równocześnie do Krasnostawskiego. Ma pan jeszcze ochotę na partyjkę?... bo ja to nie! O, ja również! odparł szybko Krasnostawski Zresztą nie mogę, mam dzisiaj pilne zajęcie jeszcze i wracać muszę! Żegnam pana! dorzucił uprzejmie i powstawszy, wyciągnął rękę do Ładyżyńskiego.

Osioł!.. Myśli może rzucił w duchu gniewnie że obecnie, kiedy nie dwadzieścia siedm, a dwanaście tylko zgubił tysięcy, zajmować się nim będę!.. Ba, nie głupim! i uśmiech zły, sarkastyczny wykrzywił wąskie usta Romana. Powstał sztywno, mając zaś już z wieloletniej swej praktyki na ustach gotowy do pozbycia się ludzi zdawkowy komunał, wyciągnął rękę na pożegnanie...

Stosownie do woli zmarłego, córka jego stawała się jedyną spadkobierczynią kilkakroćstotysięcznego majątku... Dzierżymirski powtórnie wyciągnął się z lubością w szerokiem, szeleszczącem pościelą łożu. Tak, kilkakroć-stoty-sięcz-nego... szepnął do siebie z zadowoleniem.

Marciński szybko podstąpił, na okno się wspiął i rękę po za trupa wyciągnął. Okiennice powoli się uchyliły. Szeroka szczerba światła doskonale teraz oblała straszną, zsiniałą twarz samobójczyni. Numerowy w pierwszej chwili oczy przymknął, znalazłszy się tak blizko z trupem w ciasnej niszy okna. Powoli jednak powieki podniósł i ręką policzka zmarłej dotknął. Jak lód wyrzekł.

Znajdziesz wybawiciela odtąd twém skinieniem, Jak rządzisz sercem mojém, tak rządź mém ramieniem. Wyciągnął ramie Ona z rumieńcem dziewiczym Ale z rozweseloném słuchała obliczém: Jak dziecie lubi widzieć obraski jaskrawe I w liczmanach błyszczących znajduje zabawę, Nim rozezna ich wartość, tak się słuch jéj piśsci Z dźwięcznemi słowy, których niepojęła treści.

Na progu wreszcie ukazał się Krasnostawski, trzymając w ręku dużą kopertę. Na jego widok pan January gorączkowo, o własnych siłach, uniósł się na posłaniu i wyciągnął rękę po testament. Dziękuję... wyszeptał. Odebrawszy zaś od Krasnostawskiego kopertę, otworzył drżącą ręką, wyjął arkusz papieru, znajdujący się tam i rozerwał zwolna na cztery części.