To, y czego żal oycowski nie da serdeczny Przypomináć więcéy, był iéy głos ostáteczny. A mátce, słysząc żegnánié ták żáłośćiwé, Dobré serce, że od żálu zostáło żywé. Nieszczesné ochedéstwo, żáłosné ubiory, Moiéy namilszéy cory: Po co smutné oczy sobą ćiągniećie? Zálu mi przydáiećie. Iuż ona członeczków swych wámi nie odźieie: Niemász, niemász nádźieie.

Niemasz, niemasz Maryli! Swaty nie namówili: Nie mogę, nie, nie mogę! Wiem, ojcze, co uczynię Pójdę w daleką drogę, Więcej mię nie znajdziecie, Choćbyście i szukali. Nie będę już na świecie! Przystanę do Moskali, Żeby mię wraz zabili. Niemasz, niemasz Maryli! =Matka.= Czemuż nie wstałam zrana? Już w polu pełno ludzi.

Tu troski nie pánuią, tu pracéy nie znáią: Tu nieszcześćié, tu mieyscá przygody niemáią. Tu choroby nie naydźie, tu niémász starośći: Tu śmierć łzami karmiona niema iuż wolnośći. Zyiem wiek nieprzeżyty: wiecznéy używamy Dobréy myśli: przyczyny wszytkich rzeczy znamy. Słońce nam záwżdy świéći, dźiéń nigdy niezchodźi, Ani sobą nocy niewidoméy wodźi.

Nie dopuśćiłáś nigdy mátce sye frásowáć, Ani oycu myśleniem zbytnim głowy psowáć: To tego, to owégo wdźięcznie obłápiáiąc, I onym swym ućiesznym śmiéchem zábawiáiąc. Teraz wszytko umilkło: szczéré pustki w domu, Niémász zábawki, niemász rośmiać sye nikomu: Z káżdégo kątá żáłość człowieká uymuie, A serce swéy poćiechy dármo upátruie.

Byłem ja gospodarny, gdy byłem szczęśliwy, Chwalili mię sąsiedzi, Chwalił mię ojciec siwy. Teraz się ojciec biedzi, A ja ni ludziom, ni Bogu! Niech ziarno w polu przepadnie, Niech ginie siano ze stogu, Niech sąsiad kopy rozkradnie, Niech trzodę wyduszą wilki! Niemasz, niemasz Marylki! Daje mi ojciec chaty, Daje mi sprzęt bogaty, Bym wziął w dom gospodynię Namawiali mię swaty.